Antologia osobista
wtorek, 19 kwietnia 2016

Titanic


 

Nasz okręt tyle razy osiadał na mieliźnie,

że nie boimy się pójść aż na samo dno.

Nie robi na nas wrażenia słowo "katastrofa".

Śmiejemy się z tych, co wieszczą największe nieszczęścia.

Widmowi żeglarze, płyniemy bez końca

ku zjawie portu, co wciąż się oddala.

Brzeg, skąd odpłynęliśmy, zniknął w odległościach.

Od dawna wiemy, że nie ma powrotu.

Jeśli zacumujemy w odmętach nicości,

pochłoną nas żarłoczne wodorosty.

Jedyny cel nasz: żeglować bez końca

w spokoju ducha, aby znów zatonąć.

 

 

José Emilio Pacheco

przekład Krystyna Rodowska

Wyspa Świętego Ludwika

 

 

Z balkonu

widać most de Tournelle

 

Jakaś dziewczyna przystaje i patrzy

 

Płynie Sekwana

Wyspa rozrywa chwilę

biegnącą na spotkanie

swoich własnych wód

 

Wody z zieloną rzęsą

rozzielenione

zielenią tysięcy pór lata

 

Dziewczyna odchodzi

Skręca

Tracę ją z oczu

na zawsze

 

Płonie ta sama róża

w każdej róży

Wody są zbieżne i biegną po sobie

Przyszłość minęła

Czas się rodzi

z jakiejś wieczności która się rozmraża

 

 

José Emilio Pacheco

przekład Krystyna Rodowska

Agnus Dei

 

 

Ziemski horyzont

gwiazdy ziemskie

Połykane łzy i płacz powściągany

Usta wypluwające ziemię

chwiejące się zęby

Ciało które jest tylko workiem ziemi

Ziemia do ziemi — ziemia pełna dżdżownic

 

Nieśmiertelna dusza — duch przyziemny.

 

Baranku Boży który gładzisz grzechy świata

Powiedz mi ile jabłek jest w ziemskim raju.

 

Baranku Boży który gładzisz grzechy świata

Powiedz mi proszę która jest godzina.

 

Baranku Boży który gładzisz grzechy świata

Daj mi swoją wełnę na sweter.

 

Baranku Boży który gładzisz grzechy świata

Pozwól mi spokojnie cudzołożyć

Nie wtrącaj się do tej świętej chwili.

 

 

Nicanor Parra

przekład Krystyna Rodowska

Tagi: Parra N
11:04, druga.strona.lustra
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 14 kwietnia 2016

Chodzi na pensję...


 

Chodzi na pensję do Sacré-Coeur.

To ładna dziewczyna o białej skórze.

Kiedy kwiaty kwitną, podczas szkolnych feryj

pod gałęźmi drzew jedzie w swej bryczce niedużej.

 

Zjeżdża z pagórka łagodnie. Jej wózek

jest stary i niemodny. Nie jest zbyt bogata

i tak mi przypomina te rodziny dawne,

wesołe, dobre, zacne — w pięćdziesiątych latach.

 

Przypomina mi uczennice z lat minionych,

imiona rokokowe, ich imiona z książek —

z nagród szkolnych, w okładek czerwieni i brązie,

o winietach owalnych, tytułach złoconych:

 

Klara d'Ellébeuse, Derval Eleonora,

Wiktoria de Percival, Lia Kosiarka oraz

Róża de Liméreuil i Sylwia Laboulaye.

 

Myślę, jak przyjeżdżały, by spędzać wakacje,

w majątkach, które jeszcze dawały dochody,

chrupiąc zielone jabłka i orzechy młode

przed pawiem w czarnym parku o złoconej kracie.

 

Był to dom, gdzie się miało obfitą zastawę,

jedzono wiele potraw i dużo się śmiano,

przez okno widać było zieloną murawę

i szyba lśniła, kiedy słońce się zniżało.

 

Później piękny młodzieniec o rękę ją prosił,

bardzo ładną dziewczynę, różową i białą,

co śmiała się, gdy w łóżku całował jej ciało.

I mieli dużo dzieci, bez żadnych trudności.

 

 

Léon-Paul Fargue

przekład Ryszard Matuszewski

Tagi: Fargue LP
21:29, druga.strona.lustra , poezja francuska
Link Dodaj komentarz »

Cztery wiersze miłosne dla Heleny

 

 

Jak rzeka która z czasem

Polubiła swój bieg

Rozebrana znalazłaś się

W moich ramionach

 

I już tylko myślałem

Jak Cię okryć liśćmi

Gołymi rękami i liśćmi

Żebyś mi nie zmarzła

 

Czy mógłbym Cię kochać inaczej

Jak nie w twych wodach żywych

Ciało kobiece przez moment

Uwieszone u moich palców?

 

I czy mógłbym położyć

Na tylu ciepłych kamieniach

Spojrzenie w którym byłoby

Tylko nagie pożądanie?

 

Dziewicą będąc lepiej odpowiadasz

Ciemnemu wyrokowi

Który moje serce narzuca

Twojemu sercu bardzo delikatnie

 

A jeśli mnie tak męczy

Twoje przeistoczenie

To dlatego że bardziej kocham

Twoją miłość niż Ciebie

 

*

 

Czekałem na Ciebie jak się czeka na okręty

W latach okrutnej suszy kiedy zboże

Nie wyrasta wyżej niźli ucho w trawie

Słuchające zlęknione wielkich głosów czasu

 

Czekałem na Ciebie wszystkie nabrzeża i drogi

Dudniły od moich kroków zmierzających do Ciebie

I już niosłem Cię na ramionach

Jak ciepły deszcz który nigdy nie wysycha

 

Ty poruszałaś na razie tylko powiekami

Paru zmarszczkami w oblodzonych szybach

Widziałem w Tobie tylko tę samotność

Kładacą dwie liściaste ręce na mej szyi

 

Przecież to byłaś Ty w jasności mego życia

Te poranne hałasy które mnie budziły

Wszystkie moje ptaki i żyły koledzy

I gwiazdy miriady gwiazd co powstawały

 

Ach jak pięknie mówiłaś kiedy wszystkie okna

Burzyły się wieczorem niby młode wino

Gdy drzwi się otwierały na te lekkie miasta

Któreśmy przemierzali czule wpół objęci

 

Szłaś z tak daleka aż zza Twojej twarzy

Że już nie wiedziałem z każdym uderzeniem

Czy to serce doczeka czasu kiedy będziesz

Mocniejsza we mnie niż moja własna krew

 

*

 

Konie miłości mówią o spotkaniach

Jakie miewają na pustynnych drogach

Nieznana pani wstrzymuje je w biegu

I patrzy na nie tak boleśnie smutno

 

Uważaj mówią Jej smutek jest naszym

I za to żeś potrafił pokochać taki ból

Nie będziesz chodził pod gałęziami z gołą głową

Nieświadom że ciężar życia jest nad tobą

 

Lecz chodzę i wiem że Twoje ręce współbrzmią ze mną

Pani w jasnym pretekście pączkujących drzew

Która nie czekasz aż się kora pozasklepia

By ryć na niej miłośnie nasze dwa imiona

 

Palcami gładzisz jak zielone jabłka

Od słońca do słońca szare policzki pogody

I kładziesz na zmęczone oczy wiosek

Błogosławioną zaćmę długiego snu lasu

 

Ukaż piersi które potrafią żyć w głębokim śniegu

Zwierz lodowcowy niosący na czole

Podwójny pierścień dnia i słodycz bycia

Jedynie zwierzem o ciepłym spojrzeniu

 

Taką mi się widzisz jaką miłość kreśli

Drzewo spuszczone w skwar lata bez mała

Jak powabna pokusa co trwa i trwa w myśli

Tak samo przez sekundę jak przez wieczność całą.

 

*

 

Przez firanki przez czasu cieniste podwoje

Zimne bez Ciebie noce dziecko moje

 

Sny i ulica pełne są ludzi z hotelu

Choć hałasują nie zagłuszą mojego apelu

 

A ja wołam do Ciebie i wołam przytomnie

Bo z każdym biciem serca wracasz do mnie

 

I dłonie grzejesz ciepłem jakie Ci się marzy

A lekki wietrzyk rozświetla zarys Twojej twarzy

 

Abym ją widział przez czasu cieniste podwoje

Jak ciągle żywy płomień dziecko moje.

 

 

 

René Guy Cadou

przekład Jerzy Lisowski

Tagi: Cadou R G
21:01, druga.strona.lustra , poezja francuska
Link Dodaj komentarz »

Sestyna

 

 

Za oknem wznoszenie się i opadanie linii w terenie, liści

jak wielkie łagodne fale na głębinie, cienie

nieporuszone, chmury zieleni, których życie

dogasa w resztkach płomienia, w tym, co jest skończone,

co powoli, rojami, rozsiewa się po terenie.

Nadchodzą miesiące wylewania światła.

 

Jesień zaczęła się tak jak zawsze, od światła; 

sądziłem, że jak ona będę iść wśród liści,

w górę nurtu, za kamieniami, po pochyłym terenie —

jeśli się zatrzymam, znowu zasnują go cienie;

dlatego wszystkie rzeczy były nieskończone,

a ja się nie odwracałem przez dwadzieścia lat życia.

 

Teraz idę niespiesznie, studiując Quattrocento. Życie

wydaje się w nim wplecione w ideę, a światło

rzeźbi w chmurach, lgnie do boków kopii, kiedy nieskończone

szpalery krzewów, zawisłe w powietrzu lub na podobieństwo liści

rozsypane, nadają rytm pejzażowi, nie rzucając cienia.

Zając skacze po zmiennym, kopia sunie po płaskim terenie.

 

W te jesienne poranki na całym terenie

ukośne światło mnoży kryjówki i kruche wydaje się życie;

kiedy wierzyłem, że istnieję, byłem cieniem,

rozchwianym, poruszanym pod trwałym promieniem światła;

teraz, kiedy drży światło i spadły nieruchome liście,

wiem, że jestem jak inne cienie: nieskończony.

 

Jak cień w oku kobiety, która po skończonej

leśnej przechadzce rozglądała się po tym terenie

i z pogodzeniem, z oddaniem przesuwała część liści,

z wolna, jak gdyby mówiąc, że w każdym geście życie

żąda wiedzy o stratach i kosztach: niemal nie ma światła

w tej granicy kryjącej las i jego cienie.

 

I myślę o ciemności u Paola Uccella bez cieni.

To z niej wytryska róża, bitwa nieskończona;

właśnie z ciemności, która nie jest ołtarzem światła,

lecz błotem, gdyż na doczesnej jesieni terenie

daje wytchnienie ulotnym, lękliwym cieniom życia,

ostrożnie pozwalając zanurzyć się liściom.

 

Liściom, które z kolei, nie odstępując swych cieni

(dalekich w poprzednim życiu; dziś zbieżność jest nieskończona),

lgną do ziemi w terenie zalewanym przez światło.


 

Vanni Bianconi

przekład Joanna Wajs

Tagi: Bianconi V
09:49, druga.strona.lustra , poezja włoskojęzyczna
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 12 kwietnia 2016

Złogi

 

 

pnące bluszcze zwiędnięte

zeschnięte powoje

muśliny zetlałe tkaniny

zwietrzałe gumy spękane

pomarszczone skóry ośle

dojrzewają wiekami

dehydraty mądrości

 

a nocami cichaczem

wkradają się do piwnic

czaszkonodzy złodzieje

 

podważają drzwi zmurszałe

świecąc łysymi głowami

kawałek po kawałku

wydłubują ze skamielin

organiczną substancję

 

Tomasz Gluziński

10:29, druga.strona.lustra , poezja polska
Link Dodaj komentarz »

Księżyc kuzynki Anny

 

 

Długo nie może zasnąć Pamięć z pełnią wschodzi

Podgląda czas z ciemności Siwe blizny włosów

Jej mózg blednie nad nami w wielkiej czaszce nocy

Księżyc kuzynki Anny

 

Lunatyczka swych myśli Strome marginesy

Sen nad starym pożarem Dym wypisał już ogień

Daty wojny na ciele Plam tych nie przekroczy

Księżyc kuzynki Anny

 

Skrzypiące osie ptaków Pejzaż ją zostawił

Matka która niedawno zbiegła w bose trawy

Umrze dopiero wiosną Im dawniej tym dalej

Księżyc kuzynki Anny

 

Niezdolna poodróżniać żywych od umarłych

Kiedy spiętrzają ścieżki Zrywa węzły wody

W pakcie morza z wiecznością Tajną pieczęć soli

Księżyc kuzynki Anny

 

Pomniku bez kolumny Między czarne flagi

Groby jak postumenty ku tobie dźwigamy

Wpierw je Ziemia napełni swoim czujnym cieniem

Księżyc kuzynki Anny

 

Dole wapna lecący nad nami wszystkimi

Bliższy Ziemi tym krwawszy Głębszy niż wysoki

Dole wapna Płomieniu z kości gdzie świecimy

Księżyc kuzynki Anny

 

 

Krzysztof Gąsiorowski

10:23, druga.strona.lustra , poezja polska
Link Dodaj komentarz »
piątek, 08 kwietnia 2016

[Z przyzwyczajenia los na twarze nasze]

 

                                                            Jelenie Pogoriełej

 

 

Z przyzwyczajenia los na twarze nasze

automatycznie kieruje obiektyw.

Stąd niby kula wylatuje ptaszek.

Stoimy, zastygnąwszy tak na wieki.

 

Pośród uśmiechów bezimiennej ciżby,

przez ból nieprześwietlony prowadzone,

błąka się światło. Fotografia dyszy

aromatycznym, jak róża, tytoniem.

 

A tu ty wśród przyjaciół roześmianych,

którzy pod światło ledwie są widoczni,

bo żywo gestykuluje światłami

bulwar śródnocny.

 

Zmieszany jest szukaniem bohatera,

gdy nagle, na złość magicznemu oku,

ktoś tam ramieniem z kadru mnie wypiera

i znikam — jak po pstryknięciu — z widoku.

 

Zatrzyma się, bez smugi świtu jeszcze,

w okiennej szybie rozmyte odbicie

oraz papieros wkręcony w powietrze.

Ale to już wystarczy całkowicie.

 

Na tle feralnych bloków bez wyrazu,

nie zostawiwszy śladu, będę odtąd

detalem skazanego krajobrazu,

już raz na zawsze pozostawszy z tobą.

 

I odtąd, siedząc w przytulnym mieszkanku,

poprzez niewiarygodny zgiełk uliczny,

za rękę mnie prowadzisz bez ustanku

bóg wie po jakich albumach rozlicznych.

 

Więc nie bój się, odchodząc w smugę cienia,

łykać złotego powietrza, kochanie.

I skoro śmierć wybiera punkt widzenia,

powtarzaj, poprawiwszy uczesanie:

 

"...choć nam nieszczęścia walą się na głowę,

choć życie gaśnie jak świeca na wietrze,

odpalę teraz od lampy błyskowej 

nie umrę jeszcze".

 

 

Igor Biełow

przekład Zbigniew Dmitroca

Tagi: Biełow I
11:24, druga.strona.lustra , poezja rosyjska
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 07 kwietnia 2016

                            *

                     *            *

 

 

Wino przypomina tylko brak zapomnienia.

A więc będę pewnej historii milczeniem.

Trwasz krótko. Wspomnienie o tobie już pierzcha.

Uśmiechając się w pamięci do czasu, gdy się nie wie,

że przyszłego dzisiaj już nie ma.

Kto kocha, ten zmierzcha.

 

 

Daniel Jonas

przekład Michał Lipszyc 

Tagi: Jonas D
14:53, druga.strona.lustra , poezja portugalska
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 56
| < Maj 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki: