Antologia osobista
wtorek, 09 grudnia 2014

Usiedli i liczą

 

 

Usiedli przy stole i liczą.

Przyszłe auto odbiera im sen,

małymi radościami będą go spłacać:

zrzekną się kawy i papierosów,

w dętki wsiąknie ich piwo i mleko,

kino, piłkę nożną przykryje karoseria,

a pod motorem na miazgę zetrą się owoce.

Dostępne radości,

którymi się uśmiecha do ludzi dzień

i miłość, i praca,

staną się pozycją w bilansie.

Unikajcie ich łakomych rąk, 

ich szalonych zachcianek.

Unikajcie ich, bo przesłaniają

radosne słońce swoich lat,

a ich dzieciom

zestarzały roześmiane oczy,

w zawistnej łapczywości.

Usiedli przy stole i liczą. 

Dla iluzji wątpliwego szczęścia

wygnali z domu swe małe radości. 

A one usiadły pod ich oknami,

Szczebiotem mieszają się

w ich jesienne spory

jak jaskółki, 

które jutro odlecą do cieplejszych gniazd,

aby już nigdy nie wrócić. 

 

 

Vojtech Mihálik

przekład Antoni Brosz

Tagi: Mihalik V
16:45, druga.strona.lustra , poezja słowacka
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 08 grudnia 2014

Pamięć

 

 

Nosimy w sobie, spragnieni, wspomnienia

te dawne pogłosy omdlałego szczęścia.

Przesypujemy w sobie,

zliczamy,

kiedy zgrzytają szprychy ciała,

kiedy gorączka pełznie po rozbitej tęczy,

kiedy przejrzałe serce już się zrywa z gałęzi.

 

Jak sikorka

wylatuje z nich pierwsza wypłoszona

pierś dziewczęca,

pachnie pierwszą trawą,

po której boso biegły nasze pocałunki.

Starzejący się konkwistadorzy

podajemy usta wspomnieniom.

Próżno. Mijają nas i płyną dalej.

Przysłaniamy oczy: może zabłyśnie

jak żagiel na horyzoncie

i wystrzeli jeszcze złotym snopem fanfar?

Ach, z której strony,

skąd ją przywieją passaty?

Starzejący się konkwistadorzy, samolubni piraci,

przesłaniamy oczy:

może ujrzymy jej maszty?

Może ciśnie nam w nozdrza

słony zapach dali, krew i pot walk zwycięskich?

A może już tylko zimna,

mętna fala

zaleje nasze przerzedzone włosy?

 

 

Vojtech Mihálik

przekład Antoni Brosz

Tagi: Mihalik V
16:39, druga.strona.lustra , poezja słowacka
Link Dodaj komentarz »

Genezis

 

 

Nie przeczytałem ksiąg mądrości

i nigdy ich nie doczytam.

Chłopięctwo moje, lata skąpane

w błękicie nieba, w trawach łąk

oblanych zielonym Wagiem,

śpią zamknięte w ciasnej izdebce.

Wróżbici uczyli mnie rozumieć świat,

tajemny, niepojęty lot ptaków,

uczyli bać się diabła,

zapalać gromnice

i w skrofuliczne oblicza świętych

nie spełnione szeptać pragnienia,

szeptać przez kwiaty konfesjonałów

nie popełnione grzechy.

Wróżbici wmawiali we mnie

doczesność niezmienną świata,

piekło wolnego rozumu

i nędzę ludzkiego bytu.

Przed burzą ksiąg zakazanych

czarną sutanną

niespokojną spowijali duszę,

co przeczuwała niespokojny huragan myśli,

sny burzycieli,

prawdę.

Sercem moim chcieli podpierać

spróchniałe nogi tronu,

na którym Bóg obojętny drzemie

w epoce kosmicznych lotów,

gdy śmiała materia, tnie przestrzeń

susząc moczary żyjącej głupoty

i skraca odległość między sercami,

uzdrawia i niesie światło.

Gdy helikoptery idą w zawody z aniołem,

koła Archimedesa znów świecą w piasku.

Gdy budzą się narody

otwieram oczy, otwieram uszy,

w spragnione zmysły

chłonę przepastne tony

ludzkiej odwagi,

rozumnej ludzkiej prawdy.

 

Dzięki ci mądry szatanie,

że w raju wygód i dozwolonych pragnień

natchnąłeś praojca naszego Adama,

by pod płomieniem mieczów

wszedł w świat walki i pracy,

i że mu dałeś zakosztować

cudownego jabłka poznania.

 

 

Vojtech Mihálik

przekład Antoni Brosz

Tagi: Mihalik V
16:39, druga.strona.lustra , poezja słowacka
Link Dodaj komentarz »

A przecież zostajesz...

 

 

A przecież zostajesz przecież trwasz niezmiennie

Bez kresu jest głębia tych alei ciemnych

I liście opadną i miłość przeminie

Tylko nie ty nie ty

 

Po nocach migoczesz jak grosz dla żebraków

Ponad burze wznosisz się skrzydłami ptaków

Ile z nich skrzydła połamie ile zginie

Tylko nie ty nie ty

 

Po dniach parnych lipca opadniesz jak rosa

Na kwiaty na usta słodka dolorosa

Wszystko jest marnością i zdradą jedynie

Tylko nie ty nie ty

 

Tyś płomień piorun burzy i ręka w świątyni

Pisz mane tekel krwią pisz kiedy zapomnimy

I przebudź kiedy znajdziemy się w śmierci głębinie

Tylko nie ty nie ty

 

Nie zginiesz i będziesz poprzez ciemność świecić

Jak wieczna lampka z oczu matek dzieci

Na wieki a też w ostatniej godzinie

Kiedy język i słowa spróchnieją ty nie nie ty

 

 

Pavol Horov

przekład Witold Nawrocki

 


Tagi: Horov P
16:38, druga.strona.lustra , poezja słowacka
Link Dodaj komentarz »

Niobe matka nasza

[fragmenty poematu]

 

 

Krzyki skał bez echa

Ręka która je ciska

Wysoko aż ku fontannom gwiazd

Rozpaczliwa ręka meteorów

Wśród grawitującego milczenia nieba

 

*

 

Wy noce bezsenne

Jak kobieta w chwili rodzenia

Klucz zgrzyta grób się otwiera

Widzisz tę szaloną Murzynkę

Kto ma odwagę czytać pismo jej oczu

I kosztować słone migdały łez

Ach kto ma odwagę

Na ziemi która drży jak kobieta w chwili rodzenia

I krzyczy

Niobe z płonącym warkoczem szaleństwa

Jej oczy jej straszne oczy

Pełne ostrego piasku

Rozpaczy

 

*

 

Wy noce bezsenne

Nieczułe gwiazdy z których wylatują ptaki

Wściekłe stada ptaków

Płoną

Parabola ich lotu

Wiszące mosty pawich tęczowych ogonów

Nad wielką wezbraną rzeką

Lecą w górę jak ciśnięte piłki

Powracają jak bumerang

Z zawrotną szybkością kropli

W pobliżu ziemi tężeją

Są w nich już chore owoce gwiazd

Chore okruchy kosmosu

Bomby

Latawce śmierci

Które tak nagle przygważdża jak oderwany dzwon

Pod stropem ludzkiej złości

 

*

 

I znów

Postacie któreś dawno widział

Procesje idące ze wszystkich ulic czasu

Na opustoszały plac

Którego drzewa wysokie grają upiorne egzekwie cieni

Na szachownicy samotności

Procesje kobiet w kornetach bólu

Matki wilczyce osierociałe

Kobiety kochanki błądzące w pustym lesie

Który się zmienia od wieków

W przeraźliwy cmentarz historii

Śpiewa wiecznie śpiewa pieśń swoją bez sensu

Kto ma odwagę nakręcić zegar miłości

Nikt go nie zatrzyma

Nawet łzy rozwścieczone gady

Ubogie opuszczone kobiety

Tysiące kobiet jedna jedyna kobieta Niobe matka nasza

Posąg boleści i opuszczenia

 

*

 

Oto fantastycznie oświetlona sala

Przerywanym taktem bomb gra muzyka wściekłego kankana

Ruchy tancerzy naśladują burzę lasu

Głuche uderzenia tam-tamu

W twojej krwi

Przekonują cię że twój ojciec jest naczelnikiem plemienia Siuksów

Matka dziką córą Afryki

Brat Kanibalem a siostra Samojedką

 

*

 

Szepczesz  o d w a g i

Ale korzenie napinają się do ostatnich granic

Szepczesz  m i ł o ś ć

Ale korzenie trzaskają jak zmęczone struny starych lir

Próżno się szarpiesz darmo wołasz  l u d z k o ś ć

Nie ozwie się nawet jeden  c z ł o w i e k

Wśród grawitacyjnego milczenia niebios

Nie pojmujesz że jedynym przejawem życia

Jest ręka która dławi

 

 

Pavol Horov

przekład Antoni Brosz

Tagi: Horov P
16:38, druga.strona.lustra , poezja słowacka
Link Dodaj komentarz »

Nad kartą życia i śmierci

 

 

Twoje bezcenne kolana przejmujące kolana

Twoje kolana dogasającej dali

Twoje kolana zaświatowej łabędzicy z wiośnianą szyją

Twoje kolana rubinu

I ptasiej perspektywy

Opuszczone proszące wichry o miłosierdzie

Zagubione jak ostatnie pożegnanie

Pływające jak zatopiony krążownik

Jak statek łaski

 

Dwie wazy potrącone w jednym oka mgnieniu

Senne kryształy skrywające ogień

Czemu roziskrzasz

Czemu roztaczasz ułudne krainy

Pomiędzy świetlistymi półkulami

Pomiędzy swoimi udami wilkołaka

Pomiędzy kolanami niszczyciela

 

W swej sieci nocy

Nie znajduję nic

Tylko ciebie

Tylko twe ciało ozdobione miłością

Rozbite na cząstki elementarne

Smutne smutniejsze niż kropla z krwawiącego alabastru

 

Labirynt oczu labirynt dymu wonnego

Na twoim łonie śpiew jaskółek

Na twoim łonie ogród z kraju baśni

Na twoim łonie dalekie lekkie serce

Nie uznające nikogo

 

A przecież

Gdyby ciebie nie było

Moja samotność z igieł i żywego srebra

Moja samotność ograniczona do drobnych kontaktów

Byłaby tylko magicznym foyer bez słonka

Byłaby tylko klasztorem

Pod dachem z najbardziej niezawinionych łez

 

Garnę się do ciebie

Z czułością daniela

 

Śpię z tobą

Z nagrobkiem na którym wyryto słowo anioł

Z przedziwną rybą o nieznanych oczach

Śpię z tobą

I dotykiem wyczuwam twój spleen

 

 

Vladimír Reisel

przekład Adam Włodek

Tagi: Reisel V
16:38, druga.strona.lustra , poezja słowacka
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 07 grudnia 2014

Przed domem rodzinnym

 

 

Wieczór

jest taki mały

o wiele mniejszy niźli w wyobraźni

a jednak nie zmienia się

Człowiek się zmienia

rośnie z szybkością strzały

 

O serce dziecinne

jak przed pół wiekiem

 

W taki czas

wychodził ojciec z bramy

wąsaty w czarnym kapeluszu

zamykał szkołę

gdy uczniowie zrozumieli

że świat jest kulą o ognistym wnętrzu

 

Dawno go nie ma

uczniowie już się postarzeli

i mają wnuków

którzy się bawią pod bramą

w podróż międzyplanetarną

 

Może jestem jednym z nich

gdy siedzę na ławce

starzeję się w wyobraźni

przepływają wieki

życie ludzi znanych

i ludzi nieznanych

 

Noc nadchodzi

i nikt nie wyjdzie

ni ojciec ni matka

powiedzieć

dzieci już czeka kolacja

 

 

Pavol Bunčák

przekład Antoni Brosz

Tagi: Buncak P
19:54, druga.strona.lustra , poezja słowacka
Link Dodaj komentarz »

Nadmorska noc

 

 

Na końcu świata, tu, na morskim brzegu,

tu najlogiczniej

szukacie spraw najpierwszych, snu i gniewu,

jak w czas antyczny.

 

Morze się chwieje, morze się z posad rusza,

wielka Niniwa.

O marnotrawna duszo, skąpa duszo,

dokąd odpływasz?

 

Spójrz Sofoklesie gniewny na dół z okna,

gdzie w ślaz kwitnący

alkoholowe spadają prędkie krople,

blaszki błyszczące.

 

Na spotkanie mądrości nadchodzącej na starość,

płowe święte już wyszły,

a za nimi pełzają wolno tygrysy żaru,

jak w czas antyczny.

 

Noc już paruje, noc — zmętniały eter,

dojrzewają dramaty.

Roztulają się w nocnych ciemnościach łona heter,

ogromne kwiaty.

 

Wszystko jest rytmem. Skrzypce zaszemrały,

wzdycha noc duszna.

Ludzie w niej płyną jak morskie ukwiały,

w ich sercach pustka.

 

Od morza ciągnie zapach ryb i soli

tak bezgraniczny,

tak mocny, że aż boli, że aż boli,

jak w czas antyczny.

 

 

Ivan Skála

przekład Beata Szymańska

Tagi: Skala I
19:37, druga.strona.lustra , poezja czeska
Link Dodaj komentarz »

Jabłko i szabla

 

 

Na schodach studni siedzą żebracy

od wiosny aż do żałosnej jesieni,

tylko gdy pieniądz na kamieniu dzwoni,

poruszy ich na chwilę,

i woda z paszczy delfinów wytryska.

 

W pobliżu bawią się dzieci,

rozpryskują plamy świateł przesianych przez gałęzie

i z krzykiem wymieniają nazwy jadących aut,

tak obce i tak piękne jak imiona gwiazdozbiorów:

Fiat i Bugatti

na płynącym obłoku dnia.

 

Już wkrótce koniec lata,

za kilka dni

uwiją dziewczęta wieniec zimowitu

i położą go u stóp bogini;

z gorzkiego zimowitu,

który w kielichach swych kryje jad,

jak kubek wódki.

 

Nie powiem wam

nic nowego.

Spotkałem dziś dziewczynę nieznajomą;

bywają jeszcze dziewczęta piękne jak niegdyś,

o urzekającym spojrzeniu —

ich piękność tylko smuci.

 

Płacz, płaczmy, smućcie się wszyscy,

gdyż wieczorem, wspominając ją

i żegnając,

żegnałem dni tego lata.

Po moreli spaceruje pszczoła,

i śliwki modro świecą pośród liści,

niedługo już opustoszeją groble rzek

i brzegi stawów,

znikną trykoty opinające piersi dziewcząt,

tych dziewcząt, które płoszyły ciszę samotnych ryb

i moje naiwne oczy.

 

W paszczy delfinów zamarznie pieśń

i zacznie padać śnieg

na jego płetwy, zielone od mchu,

i fale twoich włosów.

 

O, ta cisza domu, którą oddychamy,

dalecy od przygody!

Bacz, byś oddechem nie zdmuchnął cienia,

który rzuca jabłko

i zardzewiała szabla na ścianie.

 

 

Jaroslav Seifert

przekład Janina Brzostowska

Tagi: Seifert J
14:29, druga.strona.lustra , poezja czeska
Link Dodaj komentarz »
sobota, 06 grudnia 2014

Kochankowie w deszczu

 

 

Wciąż pada. Mówisz: Chodźmy już do domu.

Lecz ja to lubię, a więc proszę: Nie,

raczej pod drzewem stańmy po kryjomu,

spleceni mocno jak gałęzie dwie.

 

A niech tam pada. Niech tam sobie pada.

Może tak bębnić do samego rana.

To brzmi, to brzmi jak piękna serenada

pod twoim oknem, moja ukochana.

 

I brzmi wciąż mocniej, rośnie wciąż wspanialej,

jak nasza miłość, tęsknota, czuwanie.

I pada deszcz. Tak mocno, tak wytrwale.

Ale będziemy czekać, aż przestanie.

 

 

Pavol Horov

przekład Witold Zechenter

Tagi: Horov P
19:17, druga.strona.lustra , poezja słowacka
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 55
| < Kwiecień 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
Zakładki:
* Poeci na Viridarium *
* Viridaria i okolice *
I. Prasówka
II. Zaczytani
III. Wydawnictwa
IV. Książkowo
V. Filmowo
VI. Rozmaitości